Siedzi w areszcie śledczym w Piotrkowie Trybunalskim. Ma telefon. Dzwoni ktoś nieznany i mówi spokojnie:
„Jesteś czysty. Wychodzisz na wolność, koniec kropka.”
Tymczasem na sali sądowej matka spalonej żywcem Martyny płacze:
„Naszym domem jest teraz cmentarz. Jesteśmy tam rano, w południe, wieczorem… nawet w nocy, kiedy nie możemy spać.”
A Sebastian M. i jego siostra… wybuchają śmiechem. Sędzia Renata Folkman wybałusza oczy ze zdumienia. Matka ofiary nie wytrzymuje i zakrywa uszy dłońmi.
To nie jest plotka z internetu. To są fakty z procesu, który toczy się przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim.

Dwa światy polskiej sprawiedliwości
16 września 2023 roku Sebastian M. (35 l.), syn biznesmena z koneksjami polsko-niemieckimi, pędził swoim mocno zmodyfikowanym BMW z prędkością 315–330 km/h. Uderzył od tyłu w Kia Proceed, w której wracała z wakacji nad morzem zwykła rodzina z Myszkowa: Patryk (†39), Martyna (†37) i ich 5-letni synek Oliwier (†5). Samochód wbił się w bariery i stanął w ogniu. Cała trójka spłonęła żywcem.
Sebastian M. wyszedł z wypadku bez szwanku. Zamiast zostać na miejscu, uciekł do Dubaju. Został zatrzymany i ekstradowany dopiero w maju 2025 roku. Od tamtej pory konsekwentnie nie przyznaje się do winy.
Jego strategia obrony jest równie szokująca, co bezczelna:
Najpierw ucieczka za granicę („Nie czułem się winny”).
Potem prywatna ekspertyza, która próbuje zrzucić winę na zmarłych – sugerując, że kierowca Kii jechał na kole dojazdowym i miał alkohol we krwi (choć prokuratura udowodniła, że to alkohol endogenny powstały po śmierci w pożarze).
A teraz – próby „wydobycia” z aresztu za pomocą kontaktów na górze.
W areszcie śledczym w Piotrkowie (wrzesień 2025) Sebastian M. prowadził rozmowę telefoniczną z matką. Nagle słuchawkę przejął nieznany mężczyzna i zapewnił: dokumenty podpisane, minister sprawiedliwości wie, dyplomata już interweniuje – „jesteś wolny”. Po tej rozmowie dyrektor aresztu natychmiast cofnął mu prawo do telefonów. Sprawa trafiła do prokuratury w Szczecinie – ale służby podobno „umywają ręce”.
Sąd przedłużył areszt tymczasowy do 1 października 2026 roku. Obrona wnioskowała o dozór policyjny i poręczenie majątkowe. Bez skutku. Na razie.
Kiedy zwykły kierowca idzie siedzieć od razu…
Zwykły kierowca, który spowoduje wypadek po alkoholu – trafia za kratki natychmiast.
Syn biznesmena, który gna autostradą z prędkością samolotu, zabija całą rodzinę (w tym dziecko), ucieka za granicę, a potem śmieje się z bólu matek na sali sądowej – system nagle staje się „skomplikowany”, „wymaga dodatkowych opinii” i „kontaktów”.

Rodziny ofiar mówią wprost:
„Zniszczyliście nam życie, którego nic już nie odbuduje. Naszym domem jest teraz cmentarz.”
A na sali sądowej słyszą ironię, uśmieszki i głośny śmiech. To nie jest zwykła linia obrony. To jest poczucie bezkarności człowieka, który wie, że ma pieniądze, prawników i prawdopodobnie dojścia „na górze”.
Symbol gnijącego systemu
Ta sprawa przestała być tylko tragicznym wypadkiem drogowym. Stała się symbolem tego, co najbardziej boli Polaków w 2026 roku:
dwu torowej sprawiedliwości.
Dla jednych – paragraf i natychmiastowa odpowiedzialność.
Dla drugich – prywatne ekspertyzy, kontakty, telefony w areszcie i nadzieja, że „coś się załatwi”.
Ile jeszcze takich „kontaktów” będzie? Ile miesięcy musi minąć, zanim rodziny ofiar usłyszą wyrok? I czy ten wyrok – nawet jeśli zapadnie – będzie sprawiedliwy, skoro maksymalna kara za spowodowanie śmierci trzech osób (w tym dziecka) wynosi zaledwie 8 lat?